poniedziałek, 28 września 2009
Drodzy Biegacze i Już Maratończycy! Chciałem podziękować za wsparcie i za słowa otuchy. Dostałem wczoraj i dziś tyle maili, sms-ów, że mimo pomaratońskiej depresji zrobiło mi się lżej na duchu. Z nogą nie jest dobrze, ale nie jest też źle. Do środy będę codziennie wizytował u ortopedy w celu zastrzykowania. Goi się szybko, okazuje się, że mój organizm nawet szybko się regeneruje. Cały czas bardziej od nogi boli moja ambicja, ego, duma (zwał jak zwał). Ale nic to! Nie poddaje się. Dobre wieści: 1) Jeśli będę czuł się na siłach to w weekend spotykamy się na Biegnij Warszawo! 2) A jeśli będę czuł się na siłach jeszcze bardziej w przyszłym tygodniu to za radą kilku osób odbiję sobie Maraton Warszawski, ale w Poznaniu. Jeśli się nie uda to trudno - poczekam z maratonem do przyszłego roku. Bardzo Wam dziękuje raz jeszcze i jeszcze raz gratuluję! Tak było na początku Pewnego słonecznego dnia umówiłem się na spotkanie z Markiem Troniną. Robiliśmy wywiad po marcowym półmaratonie. Jakimś cudem zaproponowano mi żebym spróbował sam pobiegać i startować jako debiutant do Maratonu. Ekipa fundacji obsiadła mnie, a ja zdębiały odpowiedziałem tak. Od razu wybrałem też swój startowy numer na Puchar Maratonu. Szczęśliwą '13'. Nigdy nie uprawiałem sportu. Od podstawówki zawsze miałem zwolnienie z WF-u z powodów zdrowotnych. Miałem zostać maratończykiem? 5 km. Po biegu wymiotowałem, mięsnie mnie paliły, byłem skrajnie wycieńczony. Myślałem, że umrę. A jednak coś mnie zachęciło do tego, żeby próbować, żeby się nie poddawać i biegać dalej. Atmosfera, towarzystwo, to że na trasie człowiek nie jest sam i zawsze może na kogoś liczyć. Stałem pod sceną ledwo żyw. Przyszła Kasia Marczyńska. Wiedziała, że mi ciężko, ale powiedziała też wtedy coś co powstrzymało mnie od natychmiastowej rezygnacji. - Nie trzeba wygrać, trzeba walczyć. Walczyłeś. Bądź zadowolony. Drugi bieg, który pamiętam najbardziej to 25 km na Kabatach. Przez dwa okrążenia szło słabo. Potem przyśpieszyłem. Miałem power'a. Na końcu czwartej pętli dogoniłem Izę, która przegoniła mnie na drugim okrążeniu. Jaki czas? Było 2:02. Tak szybko nie biegłem w życiu. Potem każdy miał kryzys i problemy. Ukończyłem poniżej 3 godz. Nie byłem z siebie dumny. Dla wszytskich to była przede wszytskim lecja pokory. Pękałem wtedy z dumy. I teraz Maraton. Od 3 miesięcy moje prawdziwe marzenie, które jeszcze się nie ziściło. A może to dobrze. Może tego potrzebowałem, żeby mieć co robić w przyszłym roku? A może potrzebowałem kolejnej lekcji pokory? A może tym razem nie miałem przebiec tylko uwierzyć, że ja też mogę. Że też mogę być dla kogoś bohaterem i zaczął wierzyć we własne możliwości. Bo to dało mi bieganie. Nie tylko lepszą sylwetkę (na początku Łukasz mówił, że wyglądam jak wielbład z garbem z przodu :D), ale przede wszytskim nauczyłem się walczyć. Gdyby ktoś spytałby mnie pół roku temu czym dla mnie jest bieganie odpowiedziałbym, że nudą, niezrozumiałym pojęciem abstrakcyjnym. Nie przypuszczałem ile można na tym zyskać. Dziś odpowiadam, że bieganie jest dla mnie walką, pasją, sposobem na życie i pomysłem na siebie. Trochę prywaty Muszę złożyć podziękowania osobiste dla kilku osób, bez których nie zdecydowałbym się w ogóle na start, albo bez których zrezygnowałbym w połowie swojej drogi: * J. za ciągłe wpieranie mnie i podtrzymywanie na duchu. Za to, że nawet bez medalu w oczach J. jestem bohaterem. LOVE! :) * Drogiej, kochanej, jedynej i niepowtarzalnej Szymi. Szymi dzięki, że byłaś ze mną na każdym etapie mojej biegackiej wędrówki i będziesz ze mną dalej. Dzięki, że nie płakałaś razem ze mną na Krakowskim Przedmieściu, ale kazałaś mi się wziąć w garść! * Izie Antosiewicz za doping, za rady, za nadzieje i przykład. A także Piotrowi, który mimo obaw co do Maratonu przebiegł. Chwała Wam! * KTB, które cały czas pamięta sformuowanie Kółko Biegaczek Miejskich, ale mimo to mnie wspierało i dopingowało na trasie i na blogu - Sylwii, dwóm Aniom, Beacie, Marcie, Michalinie i oczywiście Izie A. * Wszystkim, którzy kiedykolwiek skomentowali i przeczytali. Wszystkie uwagi brałem do serca. Dzięki! * Adamowi, Marcinowi i Michałowi nie tylko za wsparcie, ale także za pozabiegowe męskie pogaduchy przy piwie. * Edycie za naukę obsługę sekcji 'wolne ciężary' na siłowni. * Znajomym i przyjaciołom - Agnieszce, Agacie, Radkowi, mojej ukochanej Marcie Sułkowskiej, Inie, Kubie, Wojtkowi, Patrykowi, Grześkowi. Tylu was mnie wspierało od samego początku i zadeklarowaliście, że będziecie robić to dalej. * Na koniec najważniejsze podziękowania dla Marka Troniny, Ali Troniny, Kasi Marczyńskiej i Łukasza Nitwińskiego. Bez was dziś nie byłoby tego bloga, a ja nie chciałbym być maratończykiem. Wszystkim z całego serca dziękuję!
niedziela, 27 września 2009
Na 31. Maratonie Warszawskim było pięknie. Niestety nie dla mnie. Zaczęło się cudownie. Ponad 4 tys. osób wystartowało w rytm muzyki z jednym celem – pokonać 42 km i 195 metrów, własne słabości, zostać maratończykiem. Biegacze dwukrotnie okrążali Śródmieście - raz przez Al. Jerozolimskie, Marszałkowską i Królewską, a potem Traktem Królewskim do Bagateli i pl. Unii Lubelskiej przez Marszałkowską. Dalej pętla wokół pl. Piłsudskiego i Starówki, mostem Gdańskim na Pragę, Wałem Miedzeszyńskim do Afrykańskiej, powrót na lewy brzeg przez most Świętokrzyski, Dobrą, Ludną, Rozbrat, Szwoleżerów, Wisłostradą do Gagarina i z powrotem do Cytadeli, przez Nowe Miasto, znów na pl. Piłsudskiego do mety na pl. Zamkowym. Nie każdemu jednak było dane dobiec do mety. Wśród takich osób w tym roku znalazłem się ja – debiutant. Jedni powiedzą pech, drudzy brak silnej woli i chęci dalszej walki. Próbowałem walczyć, być może rzeczywiście nie starczyło mi sił, być może powinienem biec dalej i osiągnąć cel, szczególnie, że zapowiadało się dobrze. Nie traciłem oddechu, nie czułem żadnego bólu w łydkach, nie dostałem żądnego skurczu. Muzyka z mp3 nadawała mi tempa, pogoda dopisywała. Jednak po 5 kilometrze, przy pierwszym punkcie z napojami na pl. Trzech Krzyży, doszło do małego wypadku. Jedna z zawodniczek poślizgnęła się na leżącym na ziemi kubeczku po wodzie. Lekko się zderzyliśmy. Straciłem równowagę i sam się poślizgnąłem (ja to potrafię jednak na prostej drodze) i źle stanąłem. Ból przeszłym moją kostkę, powędrował przez prawe kolano, aż do krzyża. Zakręciło mi się w głowie, zemdliło mnie. Zatrzymałem się. Wypiłem Powerade’a i ruszyłem dalej. Do ul. Bagatela zdawało mi się, że rozruszam kostkę, że będzie dobrze, że wystarczy trochę silnej woli. Biegnąc, a prawie, że drepcząc do pl. Piłsudskiego zastanawiałem się czy powinienem zejść z trasy. Noga bolała coraz bardziej. Sąd maratoński w mojej osobie wydał wyrok na wysokości Domów Centrum. Płacząc ze złości podjąłem decyzję. Schodzę. Uczucie przegranej cały czas mi towarzyszy. Jestem zły na siebie, że nie dałem rady zawalczyć z bólem, który sparaliżował mi całą nogę i chęć walki. Jestem zły na tzw. życie, że nie dostałem szansy spróbowania pokonania tego dystansu, że tegoroczna pierwsza przygoda z maratonem zakończyła się tak szybko jak się zaczęła. Maraton zakończył się sukcesem. Rekordowa liczba (ponad 3 tys. biegaczy) zakończyła bieg. Nie padły co prawda rekordy trasy, ale faworyci biegu zrobili wspaniałe show. Rywalizowali do ostatnich metrów, biegnąc prawie ramię w ramię. 31. Maraton Warszawski wygrał Etiopczyk Teshome Gelane Etanya z 2.12:03 - zaledwie o 13 sekund gorszym od ustanowionego w zeszłym roku rekordu. Drugi był Adam Draczyński z czasem 2.12:56, a trzeci Mariusz Giżyński (2.17:15). U Pań najszybsza okazała się Białorusinka Anastasiya Padalinskaya - jej czas to 2.44:55. Nie pobiła ubiegłorocznego rekordu Małgosi Sobańskiej 2:32:20. Ale to nie zawodowcy byli najważniejsi podczas biegu, a ci zwykli ludzie tacy jak ja, którzy pokonali własne słabości i spełnili marzenia. Nie miało być patetycznie. W tym wypadku jednak się nie da, bo dla mnie każdy kto ukończył wczorajszy bieg jest bohaterem. Drodzy Już Maratończycy gratuluję Wam! PS: Nie kończę swojej przygody z bieganiem. Do zobaczenia w marcu na półmaratonie, na zawodach Pucharu Maratonu, a w przyszłym roku na kolejnym Maratonie. Tym razem udanym.
sobota, 26 września 2009
Ponad 4 tys. osób wystartuje w niedzielę w Maratonie Warszawskim. Większość z nich nie dla sportowego wyniku. Dlaczego więc? Przeczytaj reportaż o maratończykach Ponad 4 tys. osób wystartuje w niedzielę w Maratonie Warszawskim. Większość z nich nie dla sportowego wyniku. Dlaczego więc?Właśnie odebrałem pakiet startowy i numer - 8055. Byłem w miasteczku na pl. Zamkowym. Może to zabrzmi pompatycznie, ale czuję, że uczestniczę w czymść wielkim i fajnym, w czymś co ma znaczenie. Poczułem atmosferę jutrzejszej imprezy. Mimo, że nie będę miał super dobrego czasu, wiem że chce przebiec i teraz już wiem, że mimo wszytsko po przekroczeniu mety będę zwycięzcą. Dziś w miasteczku spotkałem biegowych znajomych. Części nie poznałem, część widziała mnie na trasie Pucharu. Nie było pytań jak przed biegiem. Każdy z nas jedzie na tym samym wózku. Wymieliśmy spostrzeżenia, cele, nadzieje. Otuchy dodaje mi, że na start przyjdzie J. i Szymi. Szymi porobić pamiątkowe fotki i pokrzyczeć "Do boju!", a J. zagrzewać tak samo mocno do walki! Będzie też kilku moich znajomych na trasie. Wsparcie zapewnione. Boję się już mniej. Wrzucam na luz. Co ma być to będzie. Nie czuję się super dobrze przygotowany, ale nie czuję też strachu. Tylko, jak powiedziała Iza i Piotr, respekt przed dystansem. Bo w końcu to tylko 25 km - jak zauważył mój kolega. Co prawda prawie razy dwa, ale nie mogę dać się przerosnąć. Dziś na Podzamczu odbywał się piknik słowiańsko-nordycki. Na wszelki wypadek kupiłem "Młot Thora" - amulet, który ponoć wspomoga kondycję, wytrzymałość i pomaga osiągać sukcesy w sporcie. Trochę zabobonów nikomu jeszcze nie zaszkodziło :). No cóż! Do zobaczenie na starcie, trasie bądź mecie!
niedziela, 20 września 2009
Lenistwo z jednej strony, a stres z drugiej. Ciężko mi się zmobilizować do biegania a to został już tylko tydzień. W mijającym właśnie tygodniu przebiegłem całe 30 km. Stresuję się, bo maraton za 7 dni, a ja mam wrażenie, że zamiast rozwijać zawrotne prędkości, to zwalniam wraz z całymi moimi przygotowaniami. Stresowi towarzyszy też ekscytacja i ciekawość czy uda mi się pokonać całą trasę, czy gdzieś po drodze nie zrezygnuje (znając siebie nawet jeśli mam po drodze zgubić płuca, ramiona i głowę to nie zejdę z trasy) jak się będę czuł na mecie. W tygodniu postaram się pierwszy raz przebiec dystans powyżej 35 km. Mam nadzieję, że nie złapie mnie też ściana nigdzie na trasie. A wy jak z przygotowaniami? Gotowi do biegu?
poniedziałek, 14 września 2009
Ponieważ Maraton Warszawski to wspaniała okazja do zrobienia ciekawego zdjęcia Fundacja Maraton Warszawski i warszawa.gazeta.pl ogłosiła konkurs na zdjęcie w kategoriach: Sport, Kibice i w specjalnej Adidas na maratonie. Nagrodzony będzie refleks i pomysł Jeśli 26 i 27 września będziesz na imprezie (w miasteczku lub na trasie) i w przeciągu dwóch dni prześlesz zdjęcia możesz wygrać naprawdę atrakcyjne nagrody. Co? Między innymi: kupony o wartości 500, 300 i 200 złotych do zdeponowania w sklepie Adidasa. Termin nadsyłania zdjęć mija 29 września o godz. 11. Trzeba przesłać je na adres lukasz.nitwinski@maratonwarszawski.com Więcej o konkursie Więcej o konkursie i regulamin znajdziesz tutaj Jury Nie później niż 30 września do godziny 15 zwycięzcy konkursu zostaną wyłonieni przez jury w składzie: Łukasz Nitwiński, Katarzyna Szymańska, Wojtek Nowicki, Kasia Marczyńska i Grzegorz Miecznikowski (skromny autor bloga).
piątek, 11 września 2009
Fundacja Maraton Warszawski spotkała się z przedstawicielami miasta. Godzina startu biegu nie ulegnie zmianie. Pierwsze grupy biegaczy wystartują o godz. 7 rano, a oficjalny start nastąpi o godz. 9. Co wy na to?
czwartek, 10 września 2009
Ale się wczoraj wynudziłem na bieżni. Głowa opadała, a myśli odpływały. W końcu biegłem oparty rękami o blat, a nogi pracowały same. Deficyt snu mi dokucza... No ale na wpół śniąc 15 km wczoraj zrobiłem. Potem jakieś tam wzmacniające i rozciągające ćwiczenia i sauna, w której o mało co też nie usnąłem. Na szczęście wracam do formy. Mało co mnie już boli i biegam tyle co zwykle, a nawet więcej się staram. Potrzebuję tylko jednego. Snu :)
wtorek, 08 września 2009
Organizatorzy Maratonu Warszawskiego wciąż nie znają jego trasy. Ratusz proponuje im spotkanie dopiero w piątek.
poniedziałek, 07 września 2009
Dziś pobudka wcześnie rano. Wybieg. Na dworze ciemno i zimno. Aż się nie chciało. Ale pocieszałem się, że się chociaż rozbudzę jakoś. Zrobiłem 5 kilometrów w Saskim i wróciłem. Prysznic, kawa, kanapka, kawa i na 7:30 do pracy. Nie lubię poniedziałków. Założyłem wilgotną jeszcze koszulkę - zimno więc było jeszcze bardziej (w zaspaniu nie poczułem), portfel zostawiłem na stole, w autobusie złapał mnie kanar, a bilet w portfelu przecież. I tak mi mija dzień. Nudno, smutno i nerwowo w oczekiwaniu na koniec i powrót do domu. Stresuje się przed maraton już. Ale na razie pocieszam się, że nie jest to takie tragiczne. Marzenia o 4:30 dawno już porzuciłem. Jak będzie 6:30 to się uraduje. Jak po maratonie zejdą mi zakwasy to postanowiłem nagrodzić trud zrobieniem sobie na plecach tatuażu. |